Ciąg dalszy boju o jabłka?

Nie przebrzmiało jeszcze echo protestu sadowników w Warszawie, o którym pisaliśmy ostatnio. Pomimo pomocy de minimis dla producentów kapusty, cebuli i jabłek, którą demonstranci wywalczyli, ich postulaty wciąż nie zostały spełnione.

Sadownicy wyszli na warszawskie ulice, po to by zwrócić uwagę polityków na katastrofalną sytuację. W proteście wzięło udział ponad pół tysiąca osób, które domagają się pomocy ze strony państwa. Jak zgodnie powtarzają tak źle jeszcze nie było: „Kryzysowa sytuacja coraz bardziej się pogłębia – mówi poseł Mirosław Maliszewski, który stanął na czele protestu – Naszym gospodarstwom grozi bankructwo i nic nie wskazuje na to by ta sytuacja miała się zmienić.”

Swój strajk protestujący rozpoczęli przed Belwederem, następnie zatrzymując się przed Kancelarią Rady Ministrów, w której trwało akurat posiedzenie. Niestety nikt z rządu nie kwapił się by wyjść i choćby wysłuchać postulatów strajkujących: „Nie szanują nas, nikt tutaj nie ma odwagi by z nami porozmawiać. My na Majdan nie jeździliśmy, nie chcieliśmy konfliktu z Rosją. Teraz płacimy za waszą głupotę” – krzyczeli w kierunku budynku, demonstranci.

Ceny jabłek przemysłowych już dawno osiągnęły niemal poziom zerowy. Sadownikom nawet nie opłaca się ich zbierać. Cena za kilogram w skupie wynosi 10 groszy. Z kolei owoce deserowe wciąż są w przechowalniach, ale nadwyżka jabłek na rynku sprawia, że nikt się nimi nie interesuje: „To jest tragedia, mamy towar zebrany, ale nie sprzedany. Pytam się pana, co ja mam zrobić z tymi jabłkami? No co? Pan minister Sawicki mówił, że jest dobrej myśli, że poradzimy sobie z tą nadprodukcją i co? Okazuje się, że kłamał” – żali się Henryk Salamon z Białej Rawskiej.

Sadownicy postulowali, by rząd przeznaczył około pół miliona ton jabłek, które obecnie są na rynku, na przerób w biogazowniach.  Chcą także by państwo wypłaciło im rekompensaty pokrywające co najmniej połowę kosztów produkcji owoców. “Wiemy, że tą nadprodukcją są zainteresowane gorzelnie i biogazownie. Tam można skierować kilkaset tysięcy ton- uważa Maliszewski i kontynuuje – W ten sposób uzdrowilibyśmy sytuację na długie miesiące, a może nawet na cały sezon. Bez tego typu mechanizmów wszystkie inne, które są zaproponowane niestety nie spełniają oczekiwań rynku i naszych” – kończy poseł.

Dotychczasowe działania ministra rolnictwa, kampanie reklamowe, czy środki pomocowe z funduszy Unii Europejskiej nie rozwiązały problemu. Sadownikom może grozić bankructwo. Dodatkowo, protestujący demonstrowali swoje oburzenie słowami szefa resortu rolnictwa, który całkiem niedawno użył określenia „frajer” w odniesieniu do tych producentów jabłek, którzy za grosze sprzedają towar. Wymowne były także kamizelki odblaskowe części z demonstrantów, na których widniał napis „frajer”: „Robimy to na znak protestu. Minister nie miał prawa tak o nas powiedzieć. Jasne, że się później tłumaczył, ale powiedział to, bo naprawdę tak sądzi – uważa Krzysztof Jasiński z okolic Błędowa – Po tych słowach poczułem się urażony, człowiek na takim stanowisku nie powinien używać takich słów” – kończy sadownik.

Sprzed kancelarii premiera sadownicy przeszli w kierunku ministerstwa rolnictwa, po drodze zatrzymując się jeszcze przed resortami gospodarki i finansów. Dlaczego wybrali akurat te ministerstwa? „Ci ludzie nie są przychylni dla rolnictwa i robią zdecydowanie za mało. Podam choćby przykład cydru i niekończącego się problemu z akcyzą. Przecież takie małe udogodnienia w przepisach mogłyby choć trochę poprawić naszą sytuację” – twierdzi Witold Piekarniak ze Stowarzyszenia Sadowników RP.

Równolegle z warszawską pikietą odbywał się protest na drodze krajowej nr 74 w Annopolu. Protestujący zapowiadali, że wyjdą na drogę ponownie, jeśli wtorkowy protest nie przyniesie skutku. Czy jednak pomoc de minimis dla producentów jabłek, kapusty i cebuli, którą oni wywalczyli, ostudzi emocje i zapobiegnie kolejnym protestom? Czy taka forma wsparcia zadowoli producentów, którzy ponieśli straty, dowiemy się zapewne już wkrótce.

Renata Struzik za Tomasz Parzybut, TVR