Uprawa warzyw to sztuka

0
1307

O tym, że uprawa warzyw to sztuka, to solidne rzemiosło przekonuje Karol Pytkowski z Bejo Zaden Poland. Firma zajmuje się hodowlą, produkcją, obróbką, i sprzedażą nasion warzyw gruntowych do profesjonalnych upraw. Hodowla nowych odmian i profesjonalne doradztwo to również arkana tej sztuki.

Ewa Grabowska: Proszę o krótką analizę obecnego stanu warzywnictwa w naszym kraju. Jak Pan to postrzega? Jakie są realia? Jakie szanse? Jakie największe problemy?
Karol Pytkowski: To trudne pytanie, bo nie da się tego w kilku słowach powiedzieć. Zmiany dokonują się szybciej w ostatnich latach. Zaczynają się tworzyć przedsiębiorstwa, które produkują, które przetwarzają warzywa, które w zasadzie dają gotowy produkt. To grupa gospodarstw, z którymi blisko współpracujemy, profesjonalni producenci, stali goście na naszych Dniach Otwartych. Rozmawiamy i o problemach, i o drobiazgach, które przy małej produkcji nie mają znaczenia. Natomiast przy produkcji na dużą skalę ma to już ogromne znaczenie. Producentów profesjonalnych jest coraz mniej, ale obszar produkcji, ilość produkowanych warzyw jest coraz większa. Inwestują tylko duże specjalistyczne gospodarstwa, które gospodarują na dobrych glebach. To dobrze, bo w Polsce za często uprawia się warzywa na glebach zbyt kiepskich, co nie daje gwarancji opłacalności produkcji. Gorsze grunty teraz przeznaczane są na inne cele, np. zasiewane są trawą. Wyspecjalizowały się też rejony produkcji określonego asortymentu czy gatunku, a nawet typu, jak np. wczesne warzywa pęczkowe w rejonie Piątku. Nastąpiło rozwarstwienie produkcji i np. warzywa korzeniowe i kapustne są w dużym stopniu produkowane na północy. Z kolei północ nie jest dobra dla kalafiorów, ze względu na dłuższy dzień szczególnie latem, bo czasami różnica paru minut w długości dnia decyduje o sukcesie produkcji. A niewiele osób zdaj sobie sprawę, że różnica długości dnia latem między Krakowem a Gdańskiem wynosi 20 minut! Ale jeżeli już mówimy o kalafiorach, to wielu producentów przestawiło się na brokuły. Polska jest chyba w tej chwili drugim producentem brokułów w Europie.

Ewa Grabowska: Profesor Józef Robak z Instytutu Warzywnictwa w Skierniewicach podczas wczorajszego wykładu na Państwa imprezie wskazywał, że już statystycznie odnotowano wzrost produkcji brokułów w Polsce.
Karol Pytkowski: Oceniam, że w Polsce jest rocznie około 6 tys. ha brokuła. To duża produkcja. Natomiast w Hiszpanii tendencja jest malejąca. Produkcją brokuła zajmowali się tam nie Hiszpanie tylko Szkoci, którzy wyemigrowali do Hiszpanii. Tam była tańsza siła robocza, bo brokuły można było uprawiać w kilku cyklach. Praktycznie ponad połowa produkcji z Hiszpanii była eksportowana do Anglii. W tej chwili koszty produkcji się wyrównały. W Hiszpanii jest też coraz większy problem z wodą. Gdy w okresie jesieni i zimy nie ma dużych opadów, to zbiorniki retencyjne są nie zapełnione, a wówczas nie wolno stosować tej wody do podlewania. Jak nie ma podlewania, to jest koniec produkcji. Postrzegam w uprawie brokułów sporą szansę rozwojową dla Polski. Tym bardziej, ze brokuł mrożony, przetworzony wszędzie można sprzedać, a i konsumpcja u nas w Polsce również się zwiększa. Odbywa się to chyba kosztem produkcji kalafiora.

Ewa Grabowska: W grę wchodzi chyba również kwestia mody, rynku, zmiany oczekiwań konsumenckich?
Karol Pytkowski: Myślę, że nie ma jednej, konkretnej przyczyny, raczej jest ich kilka. Oczywiście moda ma też wpływ. Nawet w Rosji patrzą na amerykańskie filmy i widzą, że brokuły jada się prawie na co dzień. Oni też tak chcą. Oprócz tego Rosja diametralnie zmieniła się jako rynek. W tej chwili funkcjonują tam dwa rynki. Jeden to ten, który Polska zaopatrywała przed kilkunastu laty, czyli Syberia i biedniejsza część europejska Rosji. Obecnie część europejska jest zaopatrywana z produkcji we własnych daczach, natomiast całą Syberię przejęli Chińczycy. Chińczycy dość ofensywnie wchodzą na te rynki, nawet w kierunku Europy. Natomiast Chińczycy nie są w stanie zaopatrzyć w pełni rosyjskiego rynku, bo jest tam tzw. drugi segment, czyli rynek ludzi bogatych, którzy wymagania mają dużo większe niż w Zachodniej Europie. Potrzebna jest tutaj najwyższa jakość produktów. Gotowi są zapłacić bardzo dużo, ale muszą mieć towar tip top”. Staramy się o tę część rynku, ale nie jest to łatwe. Rosjanie mając pieniądze mogą wszystko, co najlepsze, kupić na całym świecie. I często jest tak, że nasza jakość jest jeszcze niewystarczająca dla tego rynku. Ale jest to rynek głównie dużych aglomeracji, i to tej części społeczeństwa, która jest bogatsza.

Ewa Grabowska: Jak wygląda produkcja warzyw w Polsce na tle Europy?
Karol Pytkowski: Czarno widzę produkcję wczesną – gruntową czy pod folią. Jeżeli Europa pozostanie nadal otarta, to produkcja warzyw wczesnych skoncentruje się na Południu. Polska jeszcze ciągle nie wykorzystuje szansy, jaką jest produkcja warzyw w środku lata, i to z przeznaczeniem na rynki południowe, jak Włochy czy Hiszpania. Tam, głównie ze względu na warunki klimatyczne, nie mogą produkować pewnych gatunków warzyw. Takie kierunki powinny się wytworzyć. Tak, jak np. w Kanadzie – powstał bogaty rynek owoców i warzyw smacznych. W bogatych supermarketach jest specjalna półka na owoce i warzywa smaczne. Nie jest to nazywane “eko”, bo tzw. “produkcja eko” jest moim zdaniem mocno dyskusyjna. W całej Europie ten trend się zatrzymał i ma wręcz tendencję spadkową. W przyszłości, uważam, będzie nacisk na produkcję zgodnie ze sztuką. Czyli tę prawidłową produkcję, z prawidłowym zmianowaniem, z prawidłowym podejściem, jak to kiedyś robili nasi rodzice. Tak jak w latach 50. profesor Emil Chroboczek wytyczał już pewne linie. To była sztuka, to było rzemiosło. Teraz wielu producentów o tym zapomina, nie dotrzymują płodozmianu, z tego tytułu są duże mniejsze plony i kłopoty z chorobami, które się nagromadzają.

Ewa Grabowska: Jak na przykład uprawa warzyw w monokulturze…
Karol Pytkowski: Nawet więcej. Producenci często robią tak podstawowe błędy, jak uprawa marchwi po burakach lub odwrotnie. Druga sprawa. Polska zawsze słynęła z produkcji cebuli, areał uprawy wynosił przeciętnie 30-35 tys. ha. Ostatnio tej produkcji jest trochę mniej, około 20-25 tys. ha. Wpłynęły na to ostatnie lata spadku opłacalności. Był też jeden podstawowy błąd. Nasiona dostarczone na rynek nie były kontrolowane – prawie wszystkie były porażone nicieniami. Pięknie zasialiśmy nicienie po całej Polsce! Gdy porównamy statystyki plonów polskich z holenderskimi, gdzie mają 50-60 ton/ha średnią (w zeszłym roku Holendrzy mieli blisko 60 ton/ha średnią produkcję dla całego kraju) i 23 tony/ha dla Polski, to gdzie my jesteśmy? Ale to jest właśnie wina, że uprawiamy na słabych glebach i te słabe gleby jeszcze “zanicieniliśmy”. Faktem jest, że już pracujemy nad trochę innym doborem odmian. Sam prowadzę taką kolekcję odmian odpornych. Staramy się, wybiegając 5 nawet 10 lat do przodu, wypróbowywać różne koncepcje. Materiały, które przez hodowców były proponowane na Morawy, na Węgry, w północnej Francji, w Polsce zaczynają się przyjmować i dają plony 40-50-60 t/ha. Okazuje się, że materiał selekcjonowany na glebach o wyższej temperaturze ma automatycznie wysoki poziom odporności na choroby. Szczególnie na różowienie korzeni (Pyrenochaeta terrestris), które według mnie powoduje co najmniej 20% strat w plonach, czyli w skali kraju tracimy ok. 150-200 tys. ton każdego roku. Tego kiedyś nie było, ale i klimat był u nas chłodniejszy. Mamy już obecnie odmiany, które są odporne na mączniaka rzekomego. W przypadku Polski mączniak rzekomy nie stanowi dużego problemu, nadal skuteczny jest Ridomil i trzy/cztery opryski załatwiają sprawę. Natomiast, niestety, jest to nowość na Zachodzie i nasiona są bardzo drogie. Ale jest masa problemów, którymi już nie zdążymy się zająć ja i mój brat, to są sprawy na przyszłe pokolenia.

Ewa Grabowska: Jak Pan postrzega bezpośrednie kontakty z producentami podczas Dni Otwartych?
Karol Pytkowski: Po pierwsze, ja je lubię. Po drugie, oni to też lubią, a po trzecie, to się wzajemnie od siebie uczymy, wymieniamy informacje, itd. Człowiek cały czas się uczy, rok do roku jest niepodobny. Zmienia się rynek, zmienia się produkcja, zmieniają się też producenci. Zmieniają asortyment, nawet uprawiane gatunki, kierunki swoich gospodarstw. Należy dostosowywać się do rynku, do wymagań. Dla nas to są cenne informacje, bo możemy w odpowiedni sposób przygotować firmę, by nie wyrzucać tych wyprodukowanych nasion, i mieć w ofercie to, co jest potrzebne. Swego czasu zawsze byliśmy obecni na targach w Poznaniu, ale tam przychodzą przypadkowi ludzie, a tutaj dziewięćdziesiąt parę procent to producenci warzyw, to ci, którzy od lat nas odwiedzają.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany, podajesz go wyłącznie do wiadomości redakcji. Nie udostępnimy go osobom trzecim. Nie wysyłamy spamu.
Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem*.
Please enter your name here
Please enter your comment!

Polityka Prywatności