Wiem, że nikt mnie nie okrada

Niskie ceny skupu mleka skłaniają producentów do poszukiwania alternatyw. Są tacy, którzy likwidują stado i przechodzą na produkcję zwierzęcą, ale inni, bardziej przedsiębiorczy, sprzedają mleko wprost do konsumenta.

Przykładem otwartego umysłu i sposobu na poszukiwanie alternatywy jest Pan Paweł Mickiewicz ze wsi Skalin woj. zachodniopomorskie. Z producentem rozmawiał Daniel Alankiewicz.

Skąd pomysł na mlekomat?
– Konkretnie na mlekomat to z czasopisma rolniczego. Przeczytałem o pierwszym mlekomacie w Polsce – w Cieszynie. A sprzedażą bezpośrednią mleka interesowałem się od zawsze. Jeszcze jak moi rodzice hodowali krowy to interesował mnie ten temat, dlatego że na rynku nie można kupić mleka! Wszystko jest przetworem, ale nie ma mleka. Więc myślałem o innej formie sprzedaży bezpośredniej, ale poznając realia doszedłem do wniosku, że nie byłoby to wykonalne. Najbliżej moich zamierzeń była linia produkcyjna i butelkowanie mleka w gospodarstwie, etykietowanie.
Kosztowałoby to minimum 200 tys. zł, plus system sprzedaży, konieczność nałożenia marż etc. Ale jak przeczytałem o pierwszym mlekomacie, to pomysł mi się spodobał. Wcześniej nie wiedziałem, że takie urządzenia istnieją. Jak się dowiedziałem, to zacząłem szukać w internecie i znalazłem. Ludzie zachowują się zachowawczo i biorąc przykład jeden z drugiego – albo robią to, co już sprawdzone i robią to samo co inni, albo boją się ryzykować, boją się nowości. Więcej mają strachu niż nadziei. Stąd bierze się marazm. Publikacja mojego przykładu powinna zmienić nastawienie w tym względzie po to, by ludzie mogli pić normalne mleko! Bo jak można mlekiem nazwać płyn, z którego nie ma śmietany, który nie kwaśnieje, z którego nie zrobi się zsiadłe mleko? To nie jest mleko. Mleko ma określone właściwości. Jest to uwaga zarówno do konsumentów, jak i do mleczarni.

Od jak dawna działa ten punkt?
– Mlekomat działa od połowy lipca 2011 roku. Jak na razie to jedyny… Ale planuję już następne punkty. Na razie w Stargardzie, po przeciwnej stronie miasta. O Szczecinie na razie nie myślę, bo to dość daleko i musiałbym mleko kupować od innych, a to oznacza odpowiedzialność za czyjąś produkcję.

Proszę powiedzieć, jak ocenia Pan opłacalność inwestycji?
– Przy cenie detalicznej 3 zł za litr jest to opłacalne. Przynajmniej wiem, że nikt mnie nie okrada… Po 1 zł za litr to jest zwykła kradzież. Poza tym w mleczarniach są postawione bardzo wysokie wymagania. Mleko ma mieć wszystkie parametry jakościowe, higieniczne, technologiczne. Aby je spełnić, rolnik musi zainwestować, a później sprzedać za złotówkę za litr. To nawet nie pokrywa kosztów produkcji. Jeśli musiałbym zatrudnić pracowników, nie prowadziłbym gospodarstwa. Nie sposób tak funkcjonować na rynku.
Poza tym cena 1 zł/l nie pokrywa kosztów produkcji. Zarabia się na czym innym, na oborniku, usługach maszynowych, opasach, dopłatach. Gdyby nie było dopłat obszarowych, to w ogóle nie miałoby to sensu.
Poza tym, zgłaszali się do mnie różni ludzie – pseudoprzedsiębiorcy, którzy chcieli kupować ode mnie mleko, ponieważ ja już miałem za sobą całą drogę na sprzedaż bezpośrednią. Nie byli rolnikami, nie mieli krów – a chcieli tylko kupić ode mnie mleko. Zamierzali płacić mi 1,40 zł za litr! Za tyle mogę sprzedać mleko do mleczarni, więc do współpracy nie doszło.
Na razie punkt obsługujemy własnymi siłami, ale planuję zatrudnić osobę do obsługi. 2, 3 razy dziennie trzeba tutaj być. To absorbujące. Trzeba sprzątać, dowozić mleko, 4 razy dziennie uzupełniać butelki.

Jakimi kryteriami kierował się Pan wybierając dostawcę mlekomatu?
– Po pierwsze: wyposażeniem, automatyką – chciałem, aby urządzenie było jak najbardziej zautomatyzowane. Następnie marką i pozycją rynkową producenta, parametrami technicznymi, których nie widać, np.: grubość ścianki zbiorników. Poza tym szukałem okazji. Udało mi się kupić mlekomat po ekspozycji na targach Polagra. Maszyna była używana przez 3 dni, a dzięki temu cena była o 30% niższa.

Co zdecydowało o wyborze lokalizacji? Długo szukał Pan miejsca?
– Długo! Lokalizacja jest ważna. Musi być dogodny dojazd. Mlekomat przyjechał do mnie na początku marca, a już od połowy lutego szukałem lokalizacji. Wolno mi sprzedać 1000 litrów tygodniowo w sprzedaży bezpośredniej. Wynika to z przepisów o sprzedaży bezpośredniej. Jeśli sprzedaje się więcej, trzeba otworzyć działalność gospodarczą, jako dział specjalny rolnictwa i wtedy jest to sprzedaż hurtowa. Jednak taka ilość to też dużo.

Napotkał Pan jakieś trudności? Jak przebiegała procedura formalna?
– Trzeba napisać pismo do Urzędu Miasta i czekać na odpowiedź. Takie pismo też ma swoje wymagania, trzeba je odpowiednio skonfigurować. Pismo pisałem sam, zgodnie z wytycznymi z UM. Odpowiedź otrzymuje się w formie tak lub nie”, bez żadnych propozycji, bez możliwości przedyskutowania problemów lokalizacyjnych.
Wskazałem więc miejsca, gdzie można zlokalizować mlekomat. Dostałem odpowiedź, że całe centrum miasta nie wchodzi w grę, z powodu zakazu powstawania budowli tymczasowych. Jak określił architekt miasta – nie komponują się one z układem urbanistycznym.

Jakieś inne kwestie formalne? Pozwolenia, przyłączenia etc.?
– Tutaj nie było problemów, ale są wymogi, które trzeba spełnić. To były dla mnie wymagania – a nie problemy. Najpierw więc spełniłem wymagania, a później postawiłem automat.

Pana źródła finansowania to…?
-Nie miałem żadnych dotacji. Zaciągnąłem kredyt oraz częściowo zainwestowałem środki własne.
Poza tym nikt nie chce finansować takich nowości! Ani firmy leasingowe, ani banki. Mlekomat jest nowością i nikt nie chce w to wchodzić. Z drugiej strony nie istnieje też rynek wtórny takich urządzeń. Nie dostałem kredytu na mlekomat. Dostałem go na dowolny cel, za wysoki procent. Tuż przed mlekomatem kupiłem nową dojarkę, na którą również nie dostałem dofinansowania. Ostatnie dofinansowanie, jakie dostałem, to w 2005 roku na dostosowanie gospodarstwa do minimalnych wymogów. Wtedy dostałem pieniądze na schładzalnik i na modernizację obory – kafelki na ścianach i płytę obornikową. Obecnie oczekuję na dofinansowanie na budowę nowej obory.

Czy zdarzały się już przypadki dewastacji urządzenia?
– Jak do tej pory nie. W dodatku automat jest stale monitorowany. Na początku obawialiśmy się zostawić to na noc otwarte, ale stwierdziliśmy, że jak ktoś będzie chciał zniszczyć, to i tak zniszczy. Może to zrobić równie dobrze w ciągu dnia. Poza tym przychodzą tutaj stale klienci, więc stale jest tu ruch.

Jak trwały jest mlekomat? Miały miejsca awarie?
– Awarie raczej nie. Bardziej wady fabryczne. Poważny problem miałem z wrzutnikiem monet. Monety wrzucane zbyt gwałtownie wypadały na podłogę. Było to kłopotliwe, bo trzeba było ludziom oddawać. Usterkę usunąłem sam. Kolejnym problemem było gromadzenie się wilgoci we wrzutniku, co powodowało, że monety się zatrzymywały, albo nie były rozpoznawane i wyrzucane na zewnątrz.
Tego zresztą dotyczyły problemy z klientami – że maszyna zjadła pieniądze, że utknęły we wrzutni, że za szybko się zamykała klapka przy dozowniku. Co mogłem, to rozwiązałem. Na początku około 8 razy dziennie musiałem tutaj przyjeżdżać, bo coś się działo. Cały czas były telefony od klientów…

Czy producent się poczuwał do usunięcia niesprawności?
– Zamontowali nowy wrzutnik monet, co jednak nie rozwiązało problemu, ponieważ we Włoszech jest cieplej i powietrze jest suchsze. Jest to włoski produkt, a tam takie zdarzenia nie mają miejsca.

Mlekomat posiada dystrybutor butelek. Ile dziennie ich Pan sprzedaje?
– Jest to około 100 butelek dziennie. Ale mleka sprzedaję więcej niż butelek, bo ludzie wykorzystują plastikowe opakowania po napojach. Poza tym, z opinii, jakie słyszałem, na początku butelki schodzą 1 do 1 z mlekiem, a później coraz rzadziej. To jest dystrybutor uniwersalny. Może sprzedawać inne rzeczy, nie tylko butelki. Zadecydowała cena…

Proszę coś opowiedzieć o sobie. Jak się żyje kawalerowi na wsi?
– Dobrze się żyje! Jak się to lubi, to się dobrze żyje. Gorzej z dziewczynami… A ja mam wysokie wymagania wobec partnerki! (śmiech). To dziwne, bo kobieta na wsi nie musi pracować w gospodarstwie. Ale jakiś kontakt ze wsią jest zawsze…

Dziękuję za rozmowę

Fakty:
Ekologiczne gospodarstwo rolne Pana Pawła Mickiewicza zlokalizowane jest w miejscowości Skalin. Pan Paweł ma 26 lat, jest kawalerem. Powierzchnia gospodarstwa to 28 ha gruntów własnych oraz 50 ha dzierżawy. Hodowla zwierząt obejmuje krowy, byki, opasy. Stado mleczne liczy sobie 60 krów rasy HF, ale gospodarz przechodzi na rasę Simental. Stado cały czas jest powiększane. Hodowca nie sprzedaje młodzieży.
W gospodarstwie pracuje 5 ciągników, dojarka rurociągowa DeLaval. System karmienia to zielonka, siano, wysłodki cukrowniane. Pasza ekologiczna pochodzi z własnego pola. Wszystko jest certyfikowane jako pasza ekologiczna. Nie używa się nawozów, nie stosuje oprysków. Hodowla, co prawda, nie jest ekologiczna, bo producent musiałby mieć oborę wolnostanowiskową. Na to nie pozwala infrastruktura.
We wsi Skalin jest tylko 5 rolników. Poza Panem Pawłem krowy ma tylko jeden rolnik i to tylko kilka – na własne utrzymanie.