Vario to eksponat muzealny i tu mam rację

Gdyby ktoś w latach 80. powiedział przeciętnemu mechanikowi z PGR-u, że ciągnik będzie jeździł bez biegów, bez sprzęgła i bez szarpania – dostałby zapewne odpowiedź: “Postaw w muzeum techniki”. I coś w tym jest, bo opracowana przez Fendta przekładnia Vario rzeczywiście dziś zasługuje na miejsce w gablocie. Tyle że nie jako ciekawostka, a jako kamień milowy techniki.

reklama
Baner Horsch
reklama
Baner BASF
reklama
Baner Kabat

Ale zanim trafiła na salony – a raczej na pola – przeszła drogę długą, krętą i pełną technicznych potknięć.

Od hydrostatu do pomysłu, który nie chciał działać

Historia zaczyna się jeszcze w latach 50. XX wieku. Inżynierowie próbowali wtedy pójść na skróty: zamiast kombinować z biegami, chcieli zastosować czysty hydrostat. Pompa, silnik hydrauliczny i po sprawie – prędkość regulowana płynnie. Tyle że teoria rozmijała się z praktyką. Ówczesny hydrostat owszem, działał, ale:

reklama
Baner Evritell
reklama
Baner KIOTI
reklama
Baner Bayer
  • miał duże straty mocy,
  • grzał się jak piec w kotłowni,
  • a sprawność pozostawiała wiele do życzenia.

W końcu projekt zarzucono. Pomysł trafił do szuflady – tej samej, do której trafiają rzeczy „na później”, czyli często na nigdy.

reklama
Baner SUMI
Inżynierowie próbowali wtedy pójść na skróty: zamiast kombinować z biegami, chcieli zastosować czysty hydrostat. Pompa, silnik hydrauliczny i po sprawie – prędkość regulowana płynnie. Tyle że teoria rozmijała się z praktyką, fot. Adam Ładowski

Jeden inżynier i jedna myśl: połączyć dwa światy

Przełom przyszedł dopiero w latach 70. XX w. I – jak to zwykle bywa – nie w biurze projektowym, tylko przy okazji targów. Ktoś zauważył, że nowoczesne hydrostaty zaczynają osiągać sensowną sprawność. I wtedy padła myśl, która zmieniła wszystko: a gdyby tak nie używać hydrostatu samodzielnie… tylko połączyć go z mechaniką?

reklama
Baner SDF
reklama
Baner Procam

To był moment narodzin idei przekładni z podziałem mocy. Czyli jak? Ano tak: Nie wszystko przez olej. Nie wszystko przez zębatki.
Trochę tu, trochę tu – w zależności od obciążenia maszyny.

reklama
Baner Horsch

Lata 80. – eksperymenty, które nie miały prawa się udać

W teorii wszystko wyglądało pięknie. W praktyce zaczęły się schody. Na początku lat 80. powstały pierwsze prototypy. Działały… ale tylko czasami. A jeśli działały dobrze, to krótko. Problemy były klasyczne:

  • brak odpowiednich komponentów,
  • niedostateczna precyzja wykonania,
  • kłopoty ze sterowaniem.

W pewnym momencie nad projektem pracowało zaledwie kilka osób. Nie było katalogu części, nie było gotowych rozwiązań – wszystko trzeba było wymyślić od podstaw. Hydrostat musiał być: wydajny, trwały i przede wszystkim szczelny. A to wcale nie było takie oczywiste.

Ktoś zauważył, że nowoczesne hydrostaty zaczynają osiągać sensowną sprawność. I wtedy padła myśl, która zmieniła wszystko: a gdyby tak nie używać hydrostatu samodzielnie… tylko połączyć go z mechaniką?, fot. Adam Ładowski

1995 – moment, kiedy teoria wyjechała w pole

Po latach prób i błędów pojawił się ciągnik, który zmienił podejście do napędu: pierwsza maszyna z przekładnią Vario. I nagle okazało się, że:

  • można ruszać bez sprzęgła,
  • można jechać płynnie od zera do maksymalnej prędkości,
  • można dobrać prędkość dokładnie do pracy, a nie do biegu.

Rolnicy patrzyli z niedowierzaniem. Konkurencja – z dystansem. Bo nowość zawsze budzi podejrzenia.

reklama

Jak to właściwie działa?

Bez rysunków i tablicy kredowej można to wytłumaczyć tak: silnik przekazuje moc, która zostaje rozdzielona na dwa tory: mechaniczny – klasyczne koła zębate
i hydrostatyczny – pompa i silnik hydrauliczny. Oba strumienie mocy trafiają później do przekładni planetarnej, gdzie się łączą.

Cała sztuka polega na tym, że zmieniając pracę hydrostatu zmieniamy proporcje między jednym a drugim torem. Efekt? Ciągnik przyspiesza płynnie – bez zmiany biegów. Przy małych prędkościach dominuje hydrostat. Przy dużych – mechanika bierze górę.

A gdzieś po drodze jest punkt, w którym niemal cała moc idzie „na sztywno” – i wtedy sprawność jest najwyższa.

Strumienie mocy trafiają później do przekładni planetarnej, gdzie się łączą, fot. Adam Ładowski

Rewolucja, która przyszła po cichu

Na początku wielu producentów podchodziło do tematu z rezerwą. Bo: skomplikowane (no oczywiście), drogie (cóż, to chyba jasne) i wymagające ówczesnej niemieckiej precyzji. Ale rynek szybko zweryfikował sceptycyzm.

Rolnicy docenili główne zalety przekładni bezstopniowej: komfort pracy, niższe zużycie paliwa czy łatwość obsługi. I nagle okazało się, że bezstopniowa przekładnia nie jest fanaberią, tylko przyszłością.

Dziś praktycznie każdy liczący się producent ma własną wersję przekładni CVT. Różnią się szczegółami, ale zasada pozostała ta sama: podział mocy i płynna regulacja.

Od ciekawostki do standardu

To, co kiedyś było eksperymentem kilku inżynierów, dziś jest standardem w nowoczesnych ciągnikach. I choć rozwiązanie było rozwijane przez lata, jego fundament pozostał niezmienny: połączenie hydrostatu i mechaniki w jednym układzie.

Jak to bywa z genialnymi wynalazkami – muszą najpierw dojrzeć.. w szufladzie, fot. Adam Ładowski

Na zakończenie – Czy Vario to eksponat muzealny?

Tak – ale tylko w tym sensie, że zasługuje na miejsce obok największych osiągnięć techniki rolniczej. To konstrukcja, która:

  • zmieniła sposób myślenia o napędzie,
  • wyznaczyła kierunek rozwoju,
  • i do dziś jest rozwijana i udoskonalana.

Bo wbrew pozorom to nie jest zamknięty rozdział. To raczej fundament pod wszystko, co dziś mamy w przekładniach bezstopniowych. A fundamentów, jak wiadomo, się nie wymienia. Można je tylko wzmacniać.

reklama
Baner Agrosimex

ZOSTAW KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Przeczytaj także

None found

Najpopularniejsze artykuły

None found

ARTYKUŁY POWIĄZANE (TAG)
INNE ARTYKUŁY AUTORA




NAJNOWSZE WIADOMOŚCI