Ukraiński pat

Wydarzenia, które mają miejsce na kijowskim Majdanie Niepodległości, a będące następstwem niepodpisania umowy stowarzyszeniowej z UE przez Ukrainę, obnażają faktyczny układ sił w Europie. Polska, jako sąsiad Ukrainy, była najsilniej zaangażowana w przygotowanie gruntu pod podpisanie umów stowarzyszeniowych przez sześć państw Partnerstwa Wschodniego (PW).

Warto jednak zatrzymać się na chwilę, sięgając pamięcią wstecz. Program Partnerstwo Wschodnie powstał z inicjatywy Polski, jako swoista poczekalnia przed dalszymi działaniami zjednoczeniowymi. 
Zaproponowana w 2008 roku forma umowy multilateralnej między Unią Europejską a sześcioma państwami zaproszonymi do uczestnictwa w tym programie, czyli Białorusią, Ukrainą, Mołdawią, Gruzją, Azerbejdżanem i Armenią, miała na celu wprowadzenie preferencji handlowych, pomocowych, wizowych. Polska zaproponowała formułę projektu w 2008 roku, i 3 grudnia 2008 projekt został przyjęty przez KE. Na projekt UE przeznaczyła kwotę 950 mln EUR. Z tych środków państwa Partnerstwa Wschodniego otrzymywały pomoc bezpośrednią. 
Podczas szczytu 7 maja 2009 w Pradze, na który przybyli szefowie państw i rządów UE oraz państw objętych programem PW, oficjalnie zainicjowano Partnerstwo Wschodnie podpisaniem umowy.
Początek ochłodzenia
Stanowisko Rosji w tej sprawie było od samego początku negatywne. Należy pamiętać, że kraje PW to byłe republiki ZSRR, a Kreml nadal traktuje je jako swoje dominium. 
Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, podczas konferencji prasowej, jaka odbyła się na szczycie UE – Rosja w Chabarowsku w 2009 roku, stwierdził – Każde partnerstwo jest lepsze od konfliktu, jednak martwi nas, że ze strony niektórych państw podejmowane są próby wykorzystania tej struktury jako partnerstwa przeciwko Rosji.
Naiwnością można nazwać działania unijnej dyplomacji, która kusząc pomocą finansową kraje PW, nie baczy na działania Kremla, który nie wyzbywszy się aspiracji mocarstwowych odbiera podobne inicjatywy jako działania wrogie interesowi Rosji. 
Kolejnym krokiem, jaki miał odbyć się na drodze akcesji państw PW z UE, było podpisanie przez UE umowy stowarzyszeniowej między każdym z państw PW. Szczyt w Wilnie, na którym miało się to stać okazał się fiaskiem. Umowę parafowały tylko Mołdawia i Gruzja. Niemiłym zaskoczeniem było oświadczenie rządu Armenii, który zdecydował się na Unię Celną pod egidą Moskwy, jednocześnie dystansując się od podpisania umowy z UE. 
Fiasko i złudzenia
Najbardziej dotkliwa dla unijnych polityków była odmowa podpisania umowy przez Ukrainę. Pozostanie tajemnicą, jakich argumentów użył prezydent Rosji Władimir Putin, ale nie trudno się domyślić, że musiały być ciężkie z uwagi na swoją skuteczność. Prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz wydaje się stać między Kremlem a Brukselą. Nie da się ukryć, że ponad 40% ukraińskiego eksportu trafia na rynek rosyjski. Jest to więc partner strategiczny Ukrainy. Nie bez znaczenia jest stan ukraińskiego przemysłu. Jeśli Rosja zastosuje embargo handlowe, ukraińskie przedsiębiorstwa nie zdołają znaleźć rynków zbytu w krajach UE, z wielu powodów. Jednym z nich jest przepaść technologiczna jaka dzieli oczekiwania nabywców w Unii z możliwościami wytwórczymi Ukrainy. 
Po ogłoszeniu przez Ukrainę niepodległości 24 sierpnia 1991 r., nastąpiło wyhamowanie przemysłu zrośniętego z przemysłem innych republik sowieckich. Transformacja ta trwa do dzisiaj, a gospodarka ukraińska jest nieskutecznie restrukturyzowana. Brak terapii szokowej w stylu Planu Balcerowicza spowodował, że gospodarka Ukrainy, mimo ponad dwudziestu lat niepodległości tego kraju, jest niewydolna, kosztochłonna, a do tego podobnie jak administracja, przeżarta korupcją. Niewydolne procesy gospodarcze zastępowane są sukcesywnie nowymi strukturami, jednak proces ten wymaga ogromnych nakładów finansowych.
Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju jest jednym z największych inwestorów na Ukrainie. Wg stanu na 1 września 2013 r. ww. instytucja międzynarodowa udzieliła kredytów na ponad 8,6 mld EUR. Środki te przeznaczone zostały na realizację 327 projektów inwestycyjnych na Ukrainie. O tym zapewne nie pamięta prezydent Janukowycz, ulegając Moskwie, która prócz planów tworzenia Unii Celnej nie dołoży Ukrainie kapitału, ani nie sfinansuje przebudowy jej przemysłu, dzieląc budżet między Białoruś, Ukrainę i inne „satelity”.
Prezydent Ukrainy żądał od Unii Europejskiej kompensaty finansowej z tytułu straty rynku rosyjskiego. Stawia to UE przed trudnym wyborem. Po pierwsze, Unia może zwiększyć subsydia, co jest mało realne, gdyż takich kwot po prostu nie ma w unijnej kasie. Po drugie, może obniżyć wymagania dotyczące praw człowieka, z tym zastrzeżeniem, że obniżenie standardów będzie również sygnałem eskalującym ekstremizm tętniący pod europejską powierzchownością. Po trzecie, Unia może nie robić nic ponadto, co do tej pory uczyniła, licząc na skuteczność demonstracji i zdrowy rozsądek ukraińskich władz. Te jednak, będąc w potrzasku gróźb Moskwy i wymogów Unii, doprowadzą do politycznego i gospodarczego dryfu Ukrainy. 
Retoryka Kremla komentującego demonstracje prounijne w Kijowie jest ironiczna. Padają stwierdzenia, że demonstrujący z pewnością nie dożyją ewentualnych profitów ze zjednoczenia z UE. To prawda. Jednak standard życia przeciętnego mieszkańca Niemiec, Francji, czy Polski różni się bezsprzecznie od warunków, w jakich egzystuje statystyczny Rosjanin. 
Ponadto w chwili próby, wypływa na powierzchnię brak ukraińskich elit, zdolnych przejąć inicjatywę. Liderzy opozycji wyprowadziwszy tysiące ludzi na wiece, nie mają pomysłu, w jaki sposób rozwiązać zaistniały kryzys. Obecnie na Ukrainie nie ma podstaw do odwołania Prezydenta z urzędu, ani też rozpisania wyborów parlamentarnych. Protesty, mimo że są następstwem stanowiska Prezydenta Janukowycza zaprezentowanego w Wilnie, odbywają się w złym momencie, gdyż są bezskuteczne i bezalternatywne. Wola części społeczeństwa, które jednak nie jest reprezentacją całego narodu, choć wyrażana w sposób widowiskowy, nie ma siły sprawczej. A nade wszystko, liderzy opozycji – choć charyzmatyczni, stają w szranki z postkomunistycznymi aparatczykami, którzy zajmują się polityką od wielu lat i rozumieją jej meandry jak nikt inny. Choć ich działalność jest zapewne szkodliwa dla Ukrainy, to samemu aparatowi władzy posiadającemu zaplecze finansowe, polityczne, za którym stoi rosyjski Brat, nie sposób odmówić zręczności w rozgrywaniu tej partii. Dwóch polityków reprezentujących Unię, czyli Pat Cox i Aleksander Kwaśniewski nie byli w stanie przewidzieć działań władz Ukrainy, choć nie są nowicjuszami.
Druga strona medalu 
Ważnym czynnikiem ekonomicznym, o wielkim znaczeniu dla Polski, są możliwości wytwórcze ukraińskiego rolnictwa, gospodarującego na niebywale żyznych ziemiach. U schyłku ZSRR, w 1990 roku, Ukraina dostarczała do Kraju Rad 24% zbóż, 55% buraków cukrowych i ponad 30% ziarna słonecznikowego zbieranego w ZSRR. Jeśli doszłoby do pełnej euro-akcesji Ukrainy, skutki odczułoby w pierwszej kolejności polskie rolnictwo. Możliwości wytwórcze i struktura kosztów wytworzenia tony pszenicy na Ukrainie, szacowane za lata 2008–2010 mieszczą się w granicach 140 USD/t, podczas gdy w Polsce wynoszą one około 170 USD/t. Przy czym, z uwagi na korzystne uwarunkowania klimatyczno-glebowe, względnie nowoczesne gospodarstwo rolne na Ukrainie jest w stanie generować średni zysk z hektara na poziomie 200 USD. 
Negatywnych aspektów ekonomicznych dla polskiego rolnictwa nie sposób nie brać pod uwagę, gdyż otwarcie rynku dla ukraińskiej żywności i surowców rolniczych na pewno wpłynie niekorzystnie na polskich producentów rolnych. Rynki zbytu zbudowane w ciągu minionych lat ulegną zmianie, i nie można naiwnie twierdzić, że będzie inaczej. 
Oczywiście, można stwierdzić, że rynek ukraiński otworzy się dla Polski. To prawa, ale faktycznego bilansu na dzień dzisiejszy nikt nie jest w stanie przewidzieć.
W chwili obecnej artykuły rolno-spożywcze sprowadzone do Polski z Ukrainy stanowiły 20,9% obrotu (spadek obrotu o 26,9%), średnio wahając się na poziomie 30%. Dane za styczeń-maj 2013 r. (Źródło: Wydział Ekonomiczny Ambasady RP w Kijowie).
Rozdźwięk między ideami politycznymi, aspiracjami Polski do przewodzenia zmianom, musi iść jednak w parze z prawidłami ekonomii. A te z pewnością będą dla Polski niekorzystne w ciągu pierwszych lat od ewentualnej akcesji Ukrainy.
Zagrożenie dla regionu
Ukraina w chili obecnej, jest przysłowiową beczką prochu. Sąsiedztwo Rosji, pozostałości po sowieckich strukturach militarnych w postaci rosyjskich baz wojskowych na Krymie, niejednorodna struktura ekonomiczna i etniczna ukraińskiego społeczeństwa, to tylko nieliczne czynniki destabilizujące. Charakterystyczne jest to, że na Ukrainie nie wszyscy obywatele znają i posługują się językiem ukraińskim. Nie włada nim nawet Prezydent Janukowycz. Wiele rodzin jest podzielonych granicą rosyjsko-ukraińską. Przemysł, jak już było wspomniane, odczuwa boleśnie oderwanie od wielkiej postsowieckiej struktury. To bardzo trudna sytuacja, która może przerodzić się w wielki ferment, na który prawdopodobnie czeka Moskwa. 
Radny miejski Sewastopola, Sergiej Smoljaninow, wezwał do wprowadzenia rosyjskich wojsk na Ukrainę. Z prośbą zwrócił się do prezydenta Rosji Władimira Putina za pomocą lokalnego portalu internetowego. Według niego, taka pomoc jest niezbędna dla obrony suwerenności kraju, rosyjskiej ludności Krymu i innych regionów Ukrainy. W jego wypowiedzi znajduje się retoryka odwołująca się do bratniego narodu. Wspomniany radny Smoljaniow jest bliskim znajomym szefa miejskiej administracji Sewastopola Walerego Saratowa – protegowanego obecnego premiera Nikołaja Azarowa.
Nie jest trudne do przewidzenia, że jeśli w tej rozgrywce inicjatywę przejmie Moskwa, politycy z Brukseli nie będą w stanie wykrztusić nic poza ubolewaniem i potępieniem. Podobnie jak podczas agresji na Gruzję w sierpniu 2008 roku.
Trudne chwile są sprawdzianem rzeczywistych intencji i twardości stanowisk. A tak usilnie budowana jednolita polityka zagraniczna Unii Europejskiej okazuje się wtedy nie warta złamanego euro-centa.
Daniel Alankiewicz