O takiej partnerce marzy każdy samiec

Nie potrzebuje dachu nad głową, wystarczy jej kawałek trawki i trochę krzaków, kulinarnie też nie ma wygórowanych wymagań. Nawet do połogu nie wzywa doktora. A zamiast narzekać na niewygody, spogląda łagodnie zza gęstej grzywki

Cud? Nie. Szkocka krowa górska. Jedna z czternastu w Polsce hodowli bydła tego gatunku znajduje się między Boronowem a Koszęcinem. Właśnie na świat przychodzą w niej pierwsze cielęta – niby szkockie, ale faktycznie polskie.

Rzeczywiście nie mają żadnych wymagań. Nie potrzebują obory, wystarczy im pastwisko i jakiś zagajniczek, żeby się schować przed słońcem w lecie i wiatrem w zimie. Od wiosny same się wyżywią tym, co urosło na pastwisku, a w zimie potrzebują jedynie kiszonki z koniczyny. Cielą się wyjątkowo łatwo, bez pomocy człowieka, nawet przy -20 stopniach. Za to często, bo już dwa tygodnie po porodzie samica może zajść w kolejną ciążę. I tak od drugiego do nawet dwudziestego roku życia.

– Gdy je zobaczyłem za granicą, od razu pomyślałem: to przecież wymarzona rasa dla polskiego rolnika – opowiada Marek Piątek, właściciel stada.
Z zagranicy sprowadził 33 samice, wszystkie z certyfikatami poświadczającymi ich dobre pochodzenie, czyli czystość rasy. Byk przyjechał z ojczyzny rasy, czyli szkockich gór. Za każdą krowę Piątek zapłacił po 1200 euro, byk był jeszcze droższy. Potwierdziły się opinie o szkockim bydle górskim – faktycznie, jako rasa prymitywna, nie ma wielkich wymagań. Nawet woli zimę od lata. – Tylko ogrodzenie wokół ich pastwiska musi być solidne – mówi Piątek. Na początku miał tylko tzw. elektrycznego pastucha. Ale kiedy rozszalała się burza, zwierzęta przerwały ogrodzenie i 20 sztuk uciekło do lasu. – Dwa miesiące nie mogliśmy ich zagonić z powrotem. Dopiero, gdy krowy zaczęły się grzać (czyli zatęskniły za bykiem), same wróciły – mówi hodowca. Teraz łąka jest ogrodzona wysoką siatką, a Piątek sprowadził dotowane przez Unię konie rasy śląskiej. Żeby krowy łatwiej było zaganiać.

Przez tę wielką ucieczkę w stadzie zrobiło się lekkie zamieszanie, bo część cieląt już przyszła na świat (tych samic, które nie uciekły), a część dopiero się urodzi. Stado Piątka już się składa z 46 sztuk. W przyszłości chce, żeby podstawowe miało ok. 100 sztuk. Wtedy rocznie będzie mógł sprzedawać jakieś 50-60 zwierząt.
Zmieszczą się bez przeszkód, bo Piątek ma dla nich w sumie 100 hektarów. Na 45 rośnie koniczyna na kiszonkę (jeden zwierzak na zimę potrzebuje jej pół tony), a reszta to pastwisko.

Szkockie bydło górskie to rasa mięsna, choć ponoć Szkoci z ich mleka produkują też sery. W Wielkiej Brytanii powtarzana jest informacja, że na stół angielskiej rodziny panującej trafia wyłącznie mięso szkockich krów, tak jest smaczne. – Bardziej przypomina dziczyznę niż zwykłą wołowinę – zapewnia rolnik.

Dorota Steinhagen/Gazeta Wyborcza
Fot. Piotr Deska / AG