Komu świeczkę a komu ogarek?

W 2009 roku miało miejsce pierwsze przesilenie ekonomiczne. Tak eksperci, jak również uczestnicy wspólnotowego rynku twierdzą zgodnie, że to dopiero przedsmak tego, co czeka rynki w przyszłości.

Na lokalnym podwórku, czyli na rynku płodów rolnych daje się odczuć nerwowość spowodowaną deficytem zbóż. Choć od początku żniw w ubiegłym roku ceny skupu zbóż były bardzo wysokie, polityka wewnątrzwspólnotowa reaguje dość niemrawo na zachodzące wydarzenia.
13 września 2010 r., w spotkaniu ministrów rolnictwa unii, polski minister Marek Sawicki zwrócił się o interwencję na rynku zbóż, by ograniczyć wzrost cen pasz, a co za tym idzie – żywca wieprzowego. Komisja Europejska zapowiedziała, że jest gotowa uwolnić część zapasów.
Polska zwracając się do unijnych partnerów o uwolnienie zapasów, chciała powstrzymać rosnące ceny pasz. Narzekali i nadal narzekają na nie hodowcy trzody chlewnej, którzy dopiero co wychodzą na prostą po ostrym spadku cen w skupie ich produkcji w latach 2007-08.
Warto się jednak zastanowić, czy postulat uwolnienia 3 milionów ton zbóż z magazynów mógł i może mieć wpływ na status rynku. Nie jest już tajemnicą, że operuje na nim kapitał spekulacyjny. Mamy więc do czynienia z konfrontacją gospodarki planowanej, z wolnym rynkiem. Uściślając, stan ten obnaża słabość w tym zakresie polityki kontrolowanego i dotowanego rynku, w starciu z ponadnarodowym i bezideowym kapitałem. Oczywiście pojęcie kapitału nie jest bezimienne. Stoją za nim konkretne konsorcja, giełdowi gracze, mające ciche przyzwolenie rządów państw, na terenie których płacą podatki. Analogiczny przykład stanową ceny paliw. Jeśli cena litra oleju napędowego wynosi 4,50 zł/litr, fiskus w postaci różnych obciążeń pobiera z tego 2,10 zł. Nasuwa się więc wniosek, że żaden rząd w zadłużonej Europie nie będzie zainteresowany dbaniem o realną, i punktu widzenia obywatela korzystnie niską cenę litra paliwa, bo doprowadzi to do spadku wpływów do i tak zadłużonego oficjalnie w 50% budżetu.
Generalnie rzecz ujmując, mamy obecnie do czynienia z umiejętnie zaksięgowaną inflacją, spowodowaną z jednej strony nasyceniem się rynków krajów uprzemysłowionych, a z drugiej strony nadmierną ilością pieniądza w obiegu. Eksperci szacują, że faktyczne pokrycie w produkcji empirycznej ma zaledwie 30 do 35% gotówki będącej w obiegu. Ponadto, kapitał ten skumulowany jest w kilkunastu ośrodkach świata, będąc w zarządzie konsorcjów. Rodzi się ogromna dysproporcja pomiędzy nadpłynnością finansową kapitału prywatnego a ilością rezerw rządów. Jest to swoisty pat, który musi skończyć się kryzysem ogólnoświatowym. Z jednej strony znajdują się zadłużone do granic wypłacalności budżety konstruowane tak, by przetrwać mógł ich konstruktor, a z drugiej strony posiadacze nadpłynnej rezerwy. Ani jedni, ani drudzy nie zechcą dobrowolnie obnażyć się i zinwentaryzować faktyczny stan posiadania. Z tego powodu stan zawieszenia trwa, a faktyczne koszty długu publicznego ponosi konsument, płacąc coraz większe daniny publiczne na coraz liczniejszą i coraz bardziej nieudolną administrację. Nie jest to bynajmniej problem tylko naszego kraju, choć jako płatników obchodzi nas nasze podwórko.

Lokalnie
Podobnie rzecz się ma z rynkiem surowców konsumpcyjnych, czyli w tej konkluzji zbóż, pasz, mięsa, owoców i wszelkich produktów żywnościowych. Dochodzi do tego ogromny rozziew między rynkowymi cenami produktów rolniczych a ceną detaliczną na półce sklepowej. Czują to dotkliwie, bo bezpośrednio, producenci owoców. Na tegorocznej edycji targów TSW w Warszawie, dało się słyszeć wyraźne niezadowolenie z tego faktu. Jak twierdzą sadownicy, wysoka cena rodzimych jabłek ogranicza ich popyt, a co za tym idzie zbyt producentów, nie przekładając się w żadnym wypadku na zysk tychże. Nic dziwnego, kiedy 1 kg polskich jabłek kosztuje 2 lub 3 razy więcej niż kilogram importowanych przez tysiące kilometrów pomarańczy lub bananów. Tutaj również zainteresowanym jest budżet państwa pobierający podniesiony ostatnio podatek VAT.
Wszyscy eksperci (pozarządowi) zgodnie podkreślają, że podwyżka VAT była błędem, gdyż jest to podatek masowego rażenia. Trudno się z tym nie zgodzić będąc konsumentem. Jednak władza uzależniona od wyników sondaży nie zrobi niczego, co popsuje jej wizerunek, a koszty swej nieudolności zaszpachluje z niebywałą lekkością i wprawą zgrabnym i gładkim PR-em.

Wschód nienasycony
Wielki wpływ na światowe rynki mają Chiny. O ile są nadal krajem komunistycznym, o tyle w polityce zagranicznej powiązanej niezwykle ściśle są bez mała bezideowe. Jedynym warunkiem utrzymywania wymiany handlowej z Państwem Środka jest respektowanie integralności terytorialnej Chin, czyli nieuznawanie Tajwanu (traktowanego przez Chiny jak zbuntowana prowincja) oraz niewtrącanie się w wewnętrzne sprawy – chińska kuratela nad Tybetem, prawa człowieka, wolność słowa etc.
– Wydaje się, że głównym celem Chin jest zabezpieczenie sobie warunków do rozwoju gospodarczego. Choć w dużym stopniu to kraj komunistyczny, to Chiny nie kierują się w swoich działaniach ideologią komunistyczną. Nie można nie doceniać ich niezwykle silnego nacjonalizmu. Chińczycy uważają, że ich kultura i tradycja są najlepsze, dlatego należy się im dominujące miejsce w świecie – mówi w wywiadzie dla Rzeczpospolitej (Rosnący apetyt azjatyckiej potęgi, Rz, nr 16, 21 stycznia 2011 r.) prof. Steve Jacob z Monash University w Australii.
I jest to skuteczne. Niech przemówią liczby. PKB Chin wzrósł w ubiegłym roku o 10,3% do 6,04 bln dolarów, dając rezerwę walutową na poziomie 2,86 bln dolarów. Nie może pozostać to bez wpływu na popyt wewnętrzny. Choć znaczna część społeczeństwa pracuje nadal za przysłowiową miseczkę ryżu”, to ludność dużych miast w tym gigantycznym państwie zmienia diametralnie zwoje życie w krótkim czasie. Zmienia się dieta – rośnie popyt na wieprzowinę, produkuje i importuje się coraz więcej samochodów. To potężne ssanie nie może pozostać bez wpływu na gospodarkę globalną. Z tego powodu ceny ropy naftowej, miedzi, cynku i innych surowców przemysłowych są tak wysokie. Przy tym Chiny są największym na świecie eksporterem wszelkich dóbr konsumpcyjnych – od szczoteczek do zębów po elektronikę. Stary świat kupuje je chętnie, niszcząc swoje gospodarki. Nie wytwarza więc dóbr, a jedynie obraca nimi w handlu, podnosząc systematycznie ukrytą inflację.

Globalizm lokalny
Nasz kraj po wstąpieniu do Unii stał się częścią globalnego rynku. Nie powinno to tłumaczyć jednak niedbania o stan własnej gospodarki. Środowiska rolnicze postulują od dawna konieczność stworzenia efektywnej i sprawnie funkcjonującej polityki rolnej.
Wspomniana wcześniej nadpłynność kapitałowa po stronie wielkiego biznesu globalnego powoduje poszukiwanie coraz to nowych rynków, na których można w miarę pewnie i bezpiecznie inwestować. Takim oto rynkiem jest handel produktami konsumpcyjnymi, a w szczególności zbożem. Sytuacja jaka miała miejsce pod koniec ubiegłego roku świadczy dobitnie o tym, że popyt na rynku pierwotnym zboża był stymulowany nie przez rynek konsumenta, a spekulanta. Miało to odzwierciedlenie w nienaturalnie wysokich cenach proponowanych producentom, oraz tempie skupywania towaru. Agencje prasowe niemal codziennie informują o nowych, rekordowych poziomach cen pszenicy na największych giełdach towarowych świata. Jako główny powód zwyżek podaje się wielką suszę w Rosji, która może zmniejszyć zbiory pszenicy w tym kraju nawet o 20 proc. Z tego powodu władze Rosji ogłosiły wprowadzenie czasowego zakazu eksportu zbóż. Eksperci jednak uspokajają.
– Drastyczne podwyżki cen zbóż w USA wydają się być w dużej mierze skutkiem spekulacyjnego działania inwestorów finansowych, których kapitał napływa szerokim strumieniem na giełdy towarowe. W rzeczywistości sytuacja w sektorze zbożowym nie jest aż tak zła, jak wskazują ruchy cen. Na świecie są jeszcze zapasy zbóż z poprzedniego sezonu. Co prawda tegoroczne zbiory się opóźniają, ale ich podaż ma być wystarczająca do zaspokojenia popytu – mówił 8 sierpnia 2010 r. Wiesław Łopaciuk, analityk ds. rynku zboża z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ).
Okazało się, że przewidywania przegrały ze znacznie mobilniejszym kapitałem, a wzrost cen spotęgowany podwyżką cen paliw i podatków nie napawa optymizmem.
We wrześniu ubiegłego roku Sejm RP jednogłośnie uchwalił ustawę o rezerwach strategicznych. Przewiduje ona m.in., że minister gospodarki opracuje rządowy program rezerw strategicznych, a przechowywane rezerwy nie będą musiały być własnością Skarbu Państwa, będą mogły być np. kupione lub wynajęte. Nowe prawo ma zastąpić ustawę o rezerwach państwowych. Zamiast dwóch rezerw – mobilizacyjnej i gospodarczej, będzie jedna – strategiczna. Minister gospodarki będzie miał prawo tworzenia, udostępnienia i likwidacji tych rezerw. Szef resortu będzie też sprawował nadzór nad rezerwami poprzez Agencję Rezerw Materiałowych.
Tymczasem z raportu NIK można przeczytać, że – w systemie rezerw państwowych i zapasów paliw brakuje kompleksowego planu działania. NIK wskazuje, że rezerwy są obecnie gromadzone jedynie na podstawie rocznych planów. Według Stanisława Jarosza z NIK, taka sytuacja jest korupcjogenna. Jarosz podkreśla, że kompleksowy program powinien zawierać poziomy, strukturę i kryteria poszczególnych zapasów.
Jarosz zaznacza, że jedynie na podstawie kompleksowego planu można prowadzić racjonalną gospodarkę rezerwami. Chodzi przede wszystkim o decyzje w kwestii przemieszczania rezerw i organizowania powierzchni magazynowych.
Jak więc nowa ustawa o rezerwach strategicznych ma naprawić cokolwiek, jeśli w audytowanym obszarze stwierdzono wady strukturalne, gdzie brak planowania strategicznego?