Na pierwszy rzut oka wygląda jak zwykły 600 Vario. Kabina ta sama, znajoma sylwetka jak spod linijki z Marktoberdorfu. A jednak pod zieloną blachą dzieje się mała rewolucja. Nadciąga Fendt E600 Electric – elektryczna wersja Fendt 600 Vario. I jeśli ktoś mówi, że elektryfikacja w rolnictwie to melodia bardzo dalekiej przyszłości, to Holendrzy właśnie podkręcili głośniki.
Plan był prosty: wyrzucić diesla. Importer Fendta w Holandii – firma Agromec – nie kombinował. Plan na E600 Electric był zaskakująco prosty: wziąć 600 Vario, usunąć wszystko, co ma związek z olejem napędowym, emisją spalin i klasycznym silnikiem wysokoprężnym, a w to miejsce wbudować:
- główny silnik elektryczny,
- akumulator trakcyjny 170 kWh,
- kilka mniejszych silników pomocniczych (do sprężarki powietrza, klimatyzacji i innych odbiorników).
Znika więc silnik diesla, zbiornik paliwa, SCR, AdBlue i cały ten osprzęt, który przez ostatnie lata urósł do rozmiarów małej elektrowni chemicznej. Zostaje czysta elektryka.
Efekt? Moc na kołach w zakresie 140–200 KM. Czyli dokładnie tam, gdzie rolnik potrzebuje ciągnika do ciężkiej roboty – a nie tylko do podczepienia rozsiewacza na pokaz.
170 kWh i obietnica pracy 24/7
Sercem maszyny jest bateria o pojemności 170 kWh – dwa i pół raza większa niż w nieco starszym projekcie 700 Vario Electric. Co więcej, na przednim TUZ można zamontować tzw. Range Extender – dodatkowy moduł akumulatorowy.

W modelu E700 miał on 140 kWh i można go było wymienić w kilka minut. W E600 dokładne parametry nie są jeszcze znane, ale kierunek jest jasny: modułowość i szybka podmiana zamiast długiego postoju.
Holendrzy z Agromec deklarują, że ich Fendt E600 może pracować 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. W praktyce oznacza to pracę zmianową z ładowaniem lub wymianą modułów – coś, co do tej pory kojarzyliśmy raczej z wózkami widłowymi w centrach logistycznych niż z ciągnikiem w kukurydzy.
To nadal „prawdziwy” Vario, choć trochę udaje
Najciekawsze jest to, że pod względem obsługi E600 ma być praktycznie identyczny jak klasyczny 600 Vario. Zostaje przekładnia VarioDrive CVT ze stałym napędem 4×4. Charakterystyka jazdy i sterowanie zostały odwzorowane programowo, tak aby operator nie musiał uczyć się maszyny od nowa.
Co ważne – dostępny jest przedni WOM, czego w 700 Vario Electric brakowało. A to otwiera drogę do pracy z kosiarkami, zamiatarkami czy specjalistycznym osprzętem komunalnym. Krótko mówiąc: wsiadasz i pracujesz jak Vario. Tyle że bez warkotu.
Ładowanie jak w samochodzie – tylko szybciej
Standardowo E600 ma ładowarkę AC 22 kW. Ale prawdziwa zabawa zaczyna się przy szybkim ładowaniu DC przez złącze CCS-2 – takie jak w większości samochodów elektrycznych. Producent obiecuje, że baterię 170 kWh można naładować do 80% w godzinę.
Akumulator ma też aktywną regulację temperatury – w upale można go chłodzić. A to oznacza, że praca w żniwa przy 30 stopniach w cieniu nie powinna kończyć się komunikatem o przegrzaniu baterii.

Elektryfikacja po holendersku
Podobnie jak wcześniejszy 700 Vario Electric, E600 powstaje w procesie konwersji w Holandii. Pierwsze egzemplarze mają trafić do klientów w 2026 roku. Maszyna będzie kwalifikować się do programów wsparcia inwestycji środowiskowych, co w krajach takich jak Holandia ma ogromne znaczenie.
Grupa docelowa?
- firmy robót ziemnych,
- przedsiębiorstwa drogowe,
- firmy komunalne,
- ale także gospodarstwa rolne – zwłaszcza te, które mają własne źródła energii z wiatru lub słońca.
I tu dochodzimy do sedna. W kraju, gdzie dach obory bywa większą elektrownią niż niejedna farma fotowoltaiczna w Polsce, elektryczny ciągnik zaczyna mieć ekonomiczny sens.
Cena? Rewolucja tania nie jest
Sugerowana cena brutto ma być nieco niższa niż dwukrotność ceny wersji dieslowskiej. A przypomnijmy – w 2025 roku klasyczny 600 Vario kosztował około 271 tys. euro. Matematyka jest więc bezlitosna. To nie jest ciągnik „dla każdego”.
Ale pamiętajmy – mówimy o projekcie pionierskim. Fani marki mogą jednak kręcić nosem i zastanawiać się: Czy e-Fendt to jeszcze Vario?
Technicznie – tak. Funkcjonalnie – tak. Emisyjnie – już zupełnie nie.
A jeśli elektryfikacja ma gdzieś naprawdę ruszyć z miejsca, to właśnie w takich projektach: bez kompromisów w komforcie i pracy, za to z odwagą, by wyjąć diesla z ciągnika i powiedzieć: „Sprawdzam”.
















