Na pierwszy rzut oka – niewiele. Tam śnieg, mróz i alpejskie pejzaże, tu kukurydza albo trawa, folia i zapach fermentacji. A jednak jest maszyna, która potrafi połączyć olimpijski stok z solidnie ubitą pryzmą. Nazywa się ratrak. I – proszę się nie śmiać – coraz śmielej wjeżdża na brytyjskie kopce do kiszonki.
Zamiast stoku – silos
W Wielkiej Brytanii o prawdziwe stoki narciarskie nieco trudno. Gór jak w Alpach brak, śnieg bywa kapryśny, a sezon raczej deszczowy, niż narciarski. Ale skoro sprzęt do przygotowania tras już jest – i to nie byle jaki – to czemu nie wykorzystać go tam, gdzie pracy nie brakuje?
Tak narodził się pomysł, by narciarski ratrak Prinoth BM430 zamiast śniegu zaczął ujarzmiać… świeżo skoszoną trawę, a tej w UK nie brakuje.
Firma Bradleys Machinery z Wigan zaczęła importować włoskie maszyny Prinoth właśnie z myślą o rolnictwie. Potem poddaje je subtelnym, ale konkretnym modyfikacjom. Z charakteru alpejskiego eleganta robi się specjalista od ciężkiej roboty na pryzmie.

430 KM do ubijania trawy na kiszonkę
Model BM430 to nie jest zabawka dla turystów. Pod maską pracuje 12-litrowy silnik wysokoprężny Mercedes V6 o mocy 430 KM i momencie obrotowym 2000 Nm. To parametry, które w ciągniku rolniczym robią wrażenie, a tu mamy maszynę na gąsienicach, zaprojektowaną do pracy w trudnych warunkach.
Napęd przenoszony jest przez przekładnię hydrostatyczną na podwójne gumowe gąsienice. Duża powierzchnia styku z podłożem daje stabilność, ale – co ciekawe – to właśnie wibracje podczas pracy mają dodatkowo pomagać w skutecznym ubijaniu masy zielonej. Jak twierdzi producent, efekt zagęszczania jest bardzo dobry.
A jak wiadomo – dobra kiszonka zaczyna się od porządnego ubicia. Powietrze to wróg numer jeden. Im szybciej je wyciśniemy z pryzmy, tym lepsza fermentacja i mniejsze straty.

Lemiesz jak z budowy autostrady
Z przodu tej maszyny montuje specjalny, regulowany lemiesz o szerokości 5 metrów. Do transportu składa się do 2,8 m, więc ratrak można przewieźć na naczepie niskopodwoziowej między gospodarstwami.
Z tyłu znalazła się przeciwwaga o masie 2,2 tony. Podczas cofania może służyć również jako element do pchania materiału. Całość tworzy maszynę, która nie tylko ubija, ale też sprawnie rozgarnia i formuje pryzmę warstwa po warstwie.
Do tego dochodzi wydech w standardzie Stage 5, zmodyfikowana tylna część nadwozia i – bo czemu nie – indywidualna powłoka lakiernicza. W końcu jak już wjeżdżać na kiszonkę ratrakiem, to z klasą. I odpowiednią ceną.
200 tysięcy funtów na pryzmie
Nowy egzemplarz to wydatek rzędu 200 000 funtów. Sporo? Owszem. Ale w dużych gospodarstwach mlecznych, gdzie w sezonie powstają ogromne pryzmy, a każda godzina opóźnienia oznacza realne straty jakości, wydajność i skuteczność ubijania mają swoją cenę.
Ratrak pracuje stabilnie na stromych zboczach pryzmy, ma nisko położony środek ciężkości i świetną trakcję. Tam, gdzie klasyczny ciągnik musi uważać, maszyna na gąsienicach czuje się pewnie.

Inwencja rolnicza nie zna granic
Czy to rozwiązanie dla każdego? Oczywiście nie. W większości gospodarstw w zupełności wystarczy dobrze dociążony ciągnik albo ładowarka.
Ale przykład z Wielkiej Brytanii pokazuje coś innego – rolnictwo od zawsze żyło pomysłowością. Jeśli jest maszyna, która potrafi równomiernie zagęszczać materiał na stoku olimpijskim, to czemu nie wykorzystać jej do budowy pryzmy?
W końcu zasada jest podobna: równo, warstwowo i bez powietrza. Tylko zamiast narciarzy czekających na start mamy krowy czekające na paszę.
I tak oto zimowe Igrzyska Olimpijskie spotykają się z kiszonką. A ratrak, zamiast medali, zdobywa uznanie wśród hodowców bydła.
















