Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana

0
1174

Rolnictwo wiąże się zawsze z podejmowaniem większego lub mniejszego ryzyka. Nieważne, czy jest to produkcja roślinna, czy zwierzęca, bardzo wiele zależy w niej od czynników niezależnych od nas – przebiegu pogody, presji szkodników, chorób, aktualnych cen w skupie, popytu… Tradycyjna produkcja jest jednak znacznie mniej ryzykowna, niż podjęcie się upraw, czy hodowli alternatywnych, mniej popularnych. Ale jeśli uda nam się odpowiednio i mądrze produkcję taką rozwinąć, satysfakcja i profity zazwyczaj są znacznie większe.

Alternatywne produkcje w naszym kraju to nie tylko osławiona już hodowla ślimaków (o tym, jak to łatwo i szybko można się na takiej produkcji dorobić, przy inwestycji niewielkich środków finansowych i areału, krążą już legendy). W Polsce są więc hodowle chrząszczy na chitynę (produkowaną z ich pancerzyków – pokrywy skrzydeł), reniferów (do zaprzęgów świętego Mikołaja), alpak, czy strusi. Wielu zdecydowało się też na uprawę pieczarek, szparagów, czy ziół. Coraz bardziej popularne, ale wciąż jeszcze rzadko spotykane na większą skalę produkcyjną, jest też zakładanie winnic.

Kraina winem płynąca?

Jeszcze kilkaset lat temu, owszem. Już na przełomie IX i X wieku na terenie Małopolski istniały winnice. W XIV wieku Polska była znanym producentem wina w Europie, trunek ten był u nas równie popularny, co piwo, czy miód pitny. O tradycjach winiarskich świadczą nawet nazwy niektórych miejscowości, jak Winna Góra, Winiary, czy Winogrady. 200 lat później polskie winnice zaczęły podupadać, a produkcja była coraz mniejsza. Nasze rodzime trunki wyparły te przywożone do kraju z południa Europy. Aż do dzisiaj.

Obecnie winnice oraz wino cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Trunek ten jest spożywany przez naszych rodaków coraz częściej, zastępując powoli wódkę. I okazuje się, że warunki panujące w naszym kraju wcale nie wpływają na gorszą jakość polskich win.

Kilka lat temu postanowiliśmy spróbować uprawiać winorośle – mówi Tomasz Kasicki z Winnicy Turnau w Baniach (woj. zachodniopomorskie). – Okazało się, że teren jest dobry, a klimat jeszcze lepszy. I tak, po tych kilku latach doprowadziliśmy do stworzenia dużej winnicy, dużego przedsiębiorstwa winiarskiego, które współistnieje na tych terenach z rolnictwem. Z resztą to właśnie nasze rolnicze zaplecze nam pomogło: wiedza rolnicza, czy znajomość tych pól i warunków klimatycznych. Uczymy się więc tutaj nowego działu rolnictwa, nowego w Polsce, nowego zarówno dla nas, jak i dla wszystkich Polaków. I próby te zaczynają przynosić efekty – dodaje.

Winnica Turnau, założona i prowadzona przez Zbigniewa Turnau, jego syna Jacka, kuzyna Grzegorza oraz przyjaciela, Tomasza Kasickiego, produkuje wino jakościowe. Winorośle uprawiane są tu bezpestycydowo. Od ubiegłego roku gospodarstwo jest w okresie konwersji na produkcję ekologiczną. W przyszłym roku zapewne będzie mieć już certyfikat. Czy przy 30 hektarach, bo taka właśnie jest powierzchnia nasadzeń w Winnicy Turnau, możliwa jest produkcja ekologiczna wina? Okazuje się, że tak. I nie wydaje się to być nawet takie trudne. – Od początku nie stosujemy żadnych środków chemicznych, używamy tylko te, które są dopuszczone w rolnictwie ekologicznym i to zaczyna być doceniane – podkreśla Tomasz Kasicki.

Słowa te potwierdzają kolejne międzynarodowe nagrody i wyróżnienia. Ostatnio, z największych w Europie i najważniejszych na świecie targów ProWein w Düsseldorfie, w marcu tego roku Winnica Turnau wróciła z trzema złotymi i dwoma srebrnymi medalami, którymi nagrodzone zostały kolejno wina Seyval Blanc, Hibernal i Rondo Regent oraz Johanniter i Solaris. Można więc z sukcesem prowadzić winnicę w Polsce? Można! Pod warunkiem jednak, że robi się to z prawdziwą pasją i wkłada się w to całe serce. I tak jest właśnie w tym przypadku.

No dobrze, pasja pasją, ale z czegoś żyć trzeba. Warto w tym miejscu wyjaśnić, że założenie winnicy to nie jest przysłowiowa „bułka z masłem”. Trzeba w nią zainwestować zarówno sporo czasu i energii, jak i (a może przede wszystkim) pieniędzy. Jak już znajdziemy odpowiedni teren w miejscu, gdzie warunki sprzyjają winorośli, musimy się liczyć z tym, że pierwsze dwa lata będą „jałowe” – dopiero na trzeci rok możemy się spodziewać pierwszych owoców i ewentualnej produkcji.

Największa zmora i zagrożenie dla winnicy to przymrozki wiosenne, majowe. Mogą one wymrozić pąki. Na szczęście tu u nas po kilku latach uprawy nie mieliśmy tego problemu. Ma na to wpływ położenie naszej winnicy, klimat, Odra, czy wiejący wiatr północno−zachodni, który nam bardzo sprzyja, rozwiewając fronty atmosferyczne i wysuszając winnicę. Jak się zabieraliśmy za zakładanie winnicy, to wszystko dokładnie sprawdziliśmy i suma czynników okazała się być dobra: długi okres wegetacji, dużo słońca, łagodna zima, wysokie temperatury zarówno w styczniu, jak i w lipcu… No i piękne południowe zbocze – wymienia Tomasz Kasicki. Przy tak sprzyjających warunkach koszty i tak są całkiem spore: sama winnica, do momentu zbioru, podliczając nasadzenia roślin, zabiegi, pielęgnację, ogrodzenie, pracowników itp. to ok. 120 tys. PLN liczone na hektar. Pamiętajmy jednak, że to tylko połowa kosztów – kolejne (niejednokrotnie znacznie większe) wydatki musimy ponieść na przetwórstwo. Więc inwestycja zwraca się dopiero po dłuższym czasie. Ryzyko przy tym jest też spore, nawet biorąc pod uwagę, że stanowisko dla winorośli będzie idealne, to wystarczy, że nasze krzewy dostrzegą szpaki. Potrafią one zniszczyć winnicę w jedną noc.

Winnica Turnau aktualnie planuje rozpocząć produkcję wina musującego metodą tradycyjną. Dlatego do dotychczasowych 20 hektarów winorośli, w tym roku dołączyło ok. 10 hektarów nowych nasadzeń odmian szlachetnych przeznaczonych właśnie na ten nowy trunek. Już wkrótce będzie więc wino musujące typu „szampan” z Baniewic. To trudne przedsięwzięcie, metoda tradycyjna to cały szereg rytuałów, począwszy od fermentacji przeprowadzanej w butelce, wymrażania szyjki, aż po obracanie butelek o 1/8 obrotu raz w tygodniu i długiego dojrzewania. Ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Dosłownie.

Renata Struzik